Dlaczego wszyscy rzucają się na Kościół

Wznawiam moją działalność internetową – zacząłem prowadzić wideobloga, a więc zapraszam na mój kanał na YouTube. Ale ponieważ słowo pisane nie straciło dla mnie wartości, będę tutaj zamieszczał teksty moich wideoklipów.


Niedawno Episkopat opublikował raport mówiący o pedofilii w polskim Kościele. Dokument przedstawili biskupi na konferencji prasowej, wywołując liczne komentarze. Podczas dyskusji  w studiu Telewizji Polskiej  zabrał głos w tej sprawie wiceminister kultury Jarosław Sellin. Napomknął o ofiarach, ale nie to było najważniejszą częścią jego wypowiedzi:

     Bądźmy sprawiedliwi – Kościół rzymskokatolicki jest od lat chłopcem do bicia w tej sprawie, nie tylko w Polsce.

Minister poprosił, aby nie pastwić się nad Kościołem, a wcześniej zapytał:

    Dlaczego wszyscy się tak rzucają na Kościół rzymskokatolicki w sytuacji, kiedy się okazało, że to zjawisko jest marginalne?

Spróbuję przełożyć to pytanie na język bardziej neutralny, starając się zachować jego sens.  Zapytam tak: skoro niewielu księży splamiło się czynami pedofilskimi, to dlaczego ta sprawa budzi zainteresowanie, wyzwala emocje i wywołuje falę krytyki wobec całego Kościoła?

Zastanawia się nad tym nie tylko minister Sellin,  ale również sporo innych osób, duchownych i świeckich.  Myślę, że mogę im pomóc. Znam odpowiedź na to pytanie i chętnie ją przedstawię.

Zasadniczym zarzutem wobec Kościoła nie jest to, że zdarzają się w nim przestępstwa, polegające na  seksualnym wykorzystywaniu dzieci, bo zdarzają się też o one w innych środowiskach. Natomiast w żadnym innym środowisku nie funkcjonuje tak silna, wpływowa, świetnie zorganizowana i  działająca na skalę globalną instytucja jak Kościół  katolicki – która to instytucja otwiera parasol ochronny nad swoimi członkami,  również przestępcami pedofilskimi.  Potocznie nazywa się to „tuszowaniem pedofilii”.  Fundacja „Nie lękajcie się”, która pomaga ofiarom pedofilów w sutannach, w swoim raporcie wymienia nazwiska aż 24 polskich biskupów, którzy na różne sposoby wspierali sprawców.

Ochronna postawa instytucji kościelnej wobec swoich przestępców sprawia, że ich ściganie jest w tym środowisku trudniejsze niż gdzie indziej  – choć trzeba zaznaczyć,  że dużą rolę odgrywa tu uległość organów państwa wobec Kościoła, z której to uległości  Kościół ochoczo korzysta. O kilku głośnych sprawach – takich jak przypadek księdza Wincentego P. z Witonii lub księdza Michała M. z Tylawy – media informowały na tyle obszernie, że można było dostrzec niechęć prokuratury do zajmowania się sprawami, w które uwikłany jest Kościół. Dlatego ważne jest, abyśmy interesowali się kościelnym procederem pedofilskim, bo poprzez nasze  obywatelskie wścibstwo wywieramy presją na  Kościół i państwo, by zachowywały się w tej dziedzinie przyzwoicie.

Kolejną przyczyną surowej oceny Kościoła w kontekście pedofilii jest  fakt (a w zasadzie konsekwencje faktu), że poprzez swoje ścisłe związki z państwem Kościół  wywiera ogromny wpływ na nasze życie. Nie widzę więc niczego osobliwego w tym, że ze szczególną uwagą i z wyostrzoną czujnością etyczną przyglądamy się przestępczej lub niemoralnej  działalności ludzi Kościoła – tak jak przyglądamy się tego rodzaju zjawiskom w świecie polityki.  Nieetyczne zachowania niektórych członków partii politycznej kładą się cieniem na całej partii,  zwłaszcza jeśli partyjne władze nie reagują stanowczo na te zachowania – lub co gorsza, tuszują je. Podobnie wygląda to w przypadku Kościoła.

No i wreszcie przyczyna ostatnia, choć na pewno nie najmniej ważna. Kościół przedstawia się  jako Mistyczne Ciało Chrystusa, a jego kapłani uważają się  za przedstawicieli Boga, zyskując w ten sposób wśród wiernych status autorytetu moralnego. Można więc chyba od nich oczekiwać wysokiego poziomu etycznego, a przynajmniej tego, że będą postępować zgodnie ze swoim nauczaniem. W praktyce okazuje się, że polski Kościół jako instytucja tych oczekiwań nie spełnia, bowiem chroni seksualnych drapieżców, dba o nich, a do ich ofiar odnosi się obojętnie, niechętnie lub wrogo – zwłaszcza wtedy, gdy ofiara domaga się od Kościoła zadośćuczynienia finansowego.  Czy obywatel lub po prostu człowiek, który chce być istotą moralną, powinien zbywać milczeniem taki stan rzeczy? Uważam, że nie. I dlatego nie milczę, i zachęcam wszystkich, aby nie pozostawali obojętni.

Na tym mógłbym zakończyć odpowiedź na pytanie postawione na wstępie, ale pozwolę sobie jeszcze na dwie uwagi.   Po pierwsze, mam wrażenie, że moja odpowiedź  dotyka spraw ogólnie znanych i oczywistych.  Jednak okazuje się, że wcale nie są one oczywiste nie tylko dla ministra kultury, ale myślę, że również dla sporej części jego partyjnych kolegów, hierarchów Kościoła i wielu wiernych. Najwyraźniej działają tu mechanizmy obronne zwane zaprzeczaniem i wyparciem. A skoro mogą one działać tak skutecznie, to jest to sygnał, że o przestępstwach pedofilskich w Kościele – a przede wszystkim o tuszowaniu tych przestępstw – wciąż mówi się za mało. Wciąż są osoby, które pozwalają sobie na to, by zamykać oczy na fakty.  A więc jest to kolejny powód, abyśmy nie przechodzili w milczeniu obok procederu pedofilskiego w Kościele.

I druga sprawa. Minister Sellin, mówiąc o kościelnej pedofilii, przedstawił taki obraz – wszyscy rzucają się na Kościół, pastwią się nad nim i czynią sobie z niego chłopca do bicia – a więc najwyraźniej Kościół  jest tu stroną pokrzywdzoną. Z mojego punktu widzenia pokrzywdzone są dzieci, ofiary księży. Ale niektórzy inaczej na to patrzą – nawet jeśli gotowi są przyznać, że w Kościele dochodzi do seksualnego wykorzystywania dzieci, to gdy mówią o tym, z ich słów wynika że główną ofiarą jest Kościół.

Takie właśnie wrażenie pozostawili biskupi, którzy wypowiadali się na konferencji prasowej w sprawie swojego raportu. A porównanie przez arcybiskupa Marka Jędraszewskiego kościelnych pedofilów do Żydów prześladowanych przez nazistów z pewnością przejdzie do historii myśli katolickiej.

Krzyż wszechobecny



Nikt w Polsce nie przyjmie do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży. Nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej tak.
W Polsce – nie.

Lech Kaczyński, prezydent RP

        Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał niedawno, że krzyże w szkołach naruszają prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami oraz godzą w wolność religijną uczniów. Orzeczenie Trybunału wywołało gorącą dyskusję, do której chętnie się włączę, zwłaszcza że nadarza się ku temu okazja: pani Joanna Stanisławska z serwisu wiadomości Wirtualnej Polski zadała mi cztery pytania związane z tą sprawą i zgodziła się, abym opublikował odpowiedzi na moim blogu.

1. Czy jako ateistę drażni Pana obecność krzyży w miejscach publicznych (szkołach, urzędach, sądach etc.)?

        Obecność symboli religijnych w szkołach i urzędach nie tyle mnie drażni, co skłania do refleksji – nad tym, czym jest religia, jak działa w społeczeństwie i do czego motywuje swoich wyznawców. Dyskusja o krzyżach w szkole przypomniała mi inną debatą, sprzed mniej więcej dziesięciu lat, której tematem był krzyż stojący tuż za murem byłego obozu Auschwitz. Konstanty Gebert, ówczesny redaktor naczelny miesięcznika "Midrasz", uznał obecność krzyża w tym miejscu za niewskazaną, z dwóch powodów: Po pierwsze dlatego, że jest to największe na świecie cmentarzysko żydowskie, a zgodnie z tradycją na żydowskich cmentarzach nie powinny się znajdować żadne symbole innych religii. Po drugie dlatego, że niektóre środowiska żydowskie widzą związek między wielowiekową chrześcijańską wrogością do Żydów a hitlerowskimi zbrodniami na narodzie żydowskim. Razi je więc krzyż górujący nad byłym obozem, gdzie mordowali ludzie wyrośli w chrześcijańskiej Europie. ("Wojna krzyżowa" w: "Gazeta Wyborcza", 20.03.1998).

        Widać więc, że symbole mogą budzić różne skojarzenia, przy czym symbole religijne oprócz skojarzeń wywołują uczucia, również negatywne. A długotrwały spór wokół oświęcimskiego krzyża pokazuje, że religie – przekonane o swoim nadzwyczaj korzystnym wpływie na życie społeczne – mają wielkie problemy, by wykrzesać z siebie rozstrzygnięcie, które załagodziłoby konflikt i rozproszyło liczne złe emocje, jakie w związku z tą sprawą nagromadziły się w religijnych sercach. Problemy biorą się stąd, że religie przejawiają tendencję do traktowania relacji z innymi grupami społecznymi jako gry o sumie zerowej: jeśli chcemy coś zyskać, to inni muszą ustąpić (na przykład podporządkowując się naszym wartościom i obyczajom), a jeśli inni postawili na swoim, to znaczy, że zostaliśmy pokonani i coś straciliśmy. Zobacz więcej

Duchowość ateistów


To wiara w bliźniego i respekt przed bliźnim czyni nasze czasy najlepszymi ze wszystkich, jakie znamy; wiara, której autentyczności dowiodła gotowość do ponoszenia ofiar. Wierzymy w wolność, bo wierzymy w naszych bliźnich.
Karl Raimund Popper,
„W co wierzy Zachód?”

        W najnowszej „Polityce” (nr 45) można przeczytać obszerny raport pt. „Cyberobywatele”, poświęcony różnym formom życia społecznego w Internecie. Autor artykułu Marcin Kołodziejczyk, szukając osób działających w cyberprzestrzeni trafił również do mnie. Wprawdzie o ateizmie zamieniliśmy tylko parę słów, ale w tekście pojawił się adres ateista.blog.pl, co od kilku dni owocuje zwiększoną liczbą wizyt na moim blogu. Witam więc nowych gości i myślę, że ich odwiedziny są dobrą okazją do kilku przypomnień i podsumowań oraz ogólniejszych rozważań o postawach ateistów. Zacznę od wyjaśnienia dwóch nieporozumień, które wciąż powracają w rozmowach na temat ateizmu.

Ateizm nie jest nihilizmem

        Jedna z moich młodych czytelniczek napisała, że bardzo mi współczuje, ponieważ ateiści w nic nie wierzą i to musi być straszne. Zapytałem, skąd o tym wie. Przyznała, że od szkolnej katechetki. Uspokoiłem ją i zapewniłem, że ateiści mają w sobie wiele różnych wiar (ja na przykład wierzę w siebie), nie wierzą jedynie w bogów lub, mówiąc ogólniej, w byty nadprzyrodzone. Ale przecież osoby religijne też nie wierzą w zdecydowaną większość takich bytów. Na przykład chrześcijanin podziela niewiarę ateisty w Jowisza, Allacha, Mitrę, Wisznu, Izydę, Swarożyca, Dobre Mzimu i parę tysięcy pozostałych bogów, czyniąc tylko jeden wyjątek, przedziwnym trafem niemal zawsze dla boga, w którego wierzą jego rodzice lub wychowawcy. Ateista zaś idzie tylko o jeden krok dalej. Różnica niby niewielka, ale jak się okazuje, znacząca.

        Warto też zwrócić uwagę na wieloznaczność słowa „wiara”. Cechy wiary religijnej wyróżniają ją spośród wszystkich innych wiar. Na przykład gdy osoba religijna mówi „wierzę w Boga” znaczy to, że wierzy w istnienie tego boga; natomiast wyznanie „wierzę w siebie” nie jest formą deklaracji wiary we własne istnienie. Większość nieustannych (i niepotrzebnych) sporów na temat „wiary” ateistów rodzi się właśnie z nieporozumień językowych.

Ateizm nie jest religią

        Często w dyskusjach słyszę, że ateizm jest religią albo czymś w rodzaju religii. Nie wiem, dlaczego niektórym osobom wierzącym tak bardzo zależy na przeforsowaniu tego poglądu (bo przecież z ich punktu widzenia atrybut religijności powinien wielce dowartościować ateizm), ale zamiast głowić się nad tą tajemnicą po prostu wykażę, że ateizm z religią nie ma nic wspólnego.

        Tak jak wspomniałem, ateiści mogą wierzyć w wiele różnych rzeczy, ale nie wystarczy w coś wierzyć, żeby wyznawać religię. Można nawet wierzyć w Boga i nie wyznawać żadnej religii – jest się wtedy deistą. W Wikipedii czytamy: „Deiści odrzucają głoszone przez wyznawców religii monoteistycznych przekonania religijne, w myśl których objawienia, cuda, proroctwa i święte księgi posiadają faktyczną wartość poznawczą”. A więc w tym punkcie deiści w pełni zgadzają się z ateistami, ponieważ jedni i drudzy nie mają przekonań religijnych. Zobacz więcej

Ateiści wychodzą z ukrycia


Oczywiście, można powiedzieć, że wszelka próba zorganizowania ateistów byłaby równie daremna, jak nakłanianie kotów do życia w stadzie, jako że ateizm łączy się zazwyczaj z niezależnością myślenia i niechęcią do podporządkowania się czemukolwiek. Być może jednak pierwszym krokiem we właściwym kierunku byłoby stworzenie „masy krytycznej” tych, którzy gotowi są głośno powiedzieć: „Tak, jestem ateistą!”, i dać innym dobry przykład. Koty bez wątpienia nie są zwierzętami stadnymi, lecz jeśli zbiorą się do kupy, trudno ich nie usłyszeć.

Richard Dawkins,
„Bóg urojony”

        Ostatnią, czerwcową notkę zakończyłem z nadzieją, że książka „Bóg urojony” Richarda Dawkinsa (w Polsce stała się bestsellerem, podobnie jak w Ameryce) być może przyspieszy procesy społeczne, które zbliżą nasz kraj do zachodniej Europy pod względem postaw wobec religijnej wiary i niewiary. Minęły cztery miesiące i już widać oznaki ożywienia. Choć zewnętrzna skorupa oficjalnej pobożności najwyraźniej twardnieje (umacnia się sojusz tronu z ołtarzem, stopień z religii jest wliczany do średniej ocen, słyszymy o kolejnych cudach Jana Pawła II), to jednak gdzieś w głębi – na razie nie zauważany przez główne telewizje i nie uwzględniany przez polityków w ich wyborczych kalkulacjach – coraz żwawiej płynie nurt wolnej myśli.

        Namacalnym dowodem rosnącej aktywności osób niereligijnych jest sukces kampanii społecznej, znanej jako Internetowa Lista Ateistów i Agnostyków. Lista, na której od lipca zanotowano już ponad osiem tysięcy wpisów, wywołała falę zainteresowania ateizmem, mierzoną sporą liczbą artykułów w gazetach, czasopismach i w Internecie. Ku mojemu zaskoczeniu, fala dotarła również do mnie – porwała mnie swoim impetem i osadziła w jednym z sześciu foteli przed kamerami nowej stacji telewizyjnej Religia.tv.

        Otóż kilka dni temu zostałem zaproszony do udziału w „religijnym talk-show” Szymona Hołowni, aby w gronie wierzących i niewierzących porozmawiać o ateizmie w Polsce. Ekipę ateistów tworzyli: dziennikarz „Polityki” Marcin Rotkiewicz (polecam jego tekst o moralności ateistów), założyciel serwisu apostazja.pl Jarosław Milewczyk i ja. Partnerowali nam w dyskusji, oprócz gospodarza programu, publicysta „Rzeczpospolitej” Tomasz Terlikowski i dominikanin o. Michał Paluch. W drugiej części na scenę weszli Piotr Najsztub i Roman Kurkiewicz (obaj z „Przekroju”) i opowiedzieli o swoim ateizmie. Na trybunce dla publiczności zasiadł ładny chór żeński, który w przerwie zaśpiewał piosenkę o Bogu.

        Program nie był nadawany na żywo – został nagrany i pojawi się na antenie po zmontowaniu, a więc jeszcze nie wiadomo, jaki będzie miał ostateczny kształt. To pierwszy, formalny powód, dla którego nie będę szczegółowo opowiadał o dyskusji. Drugi powód jest merytoryczny: przypuszczam, że czytelników mojego bloga ta opowieść mogłaby nie zaciekawić. Okazało się bowiem, że konwencja talk-show pozwoliła dyskutantom jedynie prześliznąć się po powierzchni ważnych spraw. Krótkie, urywane wypowiedzi, szybkie riposty i dowcipne puenty stworzyły ruchliwy, trochę chaotyczny spektakl, który – w moim odczuciu – dostarczy telewidzom więcej wrażeń i emocji niż powodów do głębokiego namysłu. Zobacz więcej

Polityka i religia


MAŁPY
Adam Zagajewski
Pewnego dnia po władzę sięgnęły małpy.
Nasunęły złote sygnety na palce,
nałożyły białe, nakrochmalone koszule,
zaciągnęły się wonnymi hawańskimi cygarami,
stopy zaś uwięziły w czarnych lakierkach.
Nie zauważyliśmy tego, gdyż pochłaniały nas
inne zajęcia: ktoś czytał
Arystotelesa,
ktoś inny przeżywał właśnie wielką miłość.
Przemówienia władców stały się nieco chaotyczne
a nawet bełkotliwe, ale przecież nigdy nie
słuchaliśmy ich uważnie, woleliśmy muzykę.
Wojny stały się jeszcze dziksze, więzienia
cuchnęły bardziej niż dawniej.
Wydaje się, że po władzę sięgnęły małpy.

        Witam po długiej przerwie. Ostatnią notkę napisałem ponad rok temu, ale ku mojemu miłemu zaskoczeniu, blog wciąż żyje, i to dość intensywnie. Okazało się, że Czytelnicy, niezrażeni absencją gospodarza, przejęli moje obowiązki i przekształcili „Dziennik ateisty” w forum dyskusyjne. Bardzo im za to dziękuję – zarówno tym, którzy podzielają moje poglądy, jak i tym, którzy się z nimi nie zgadzają. Kiedy przed czterema laty pisałem pierwszą blogową notkę, zależało mi nie tyle na zdobyciu zwolenników, co na wywołaniu ruchu myśli wokół pewnych idei, które w naszym społeczeństwie mają status oczywistych i niekwestionowanych. I to się udało – dyskusja trwa, nawet bez mojego udziału.

        Cieszy mnie również to, że podobnych miejsc wymiany poglądów jest coraz więcej. Kilka lat temu z trudem udawało mi się odnaleźć w polskim Internecie blogi podobne do mojego, czyli otwarcie ateistyczne – dzisiaj trafiam na nie znacznie częściej, co wynika z rozwoju całej blogosfery, ale również świadczy o rosnącej aktywności osób niereligijnych. Choć z drugiej strony podejrzewam, że ta aktywność w dużej mierze jest reakcją na coraz bardziej duszną atmosferę w naszym kraju, na ciągłe próby ograniczania wolności obywateli, na powrót myślenia w „jedynie słusznych” kategoriach, myślenia tak dobrze znanego wszystkim, którzy pamiętają czasy PRL. Na szczęście władza autorytarna jeszcze nie wróciła, ale to wcale nie znaczy, że nie należy przed nią ostrzegać. Bo przecież demokratycznie wybrani politycy, którzy rządzą dziś Polską, metodycznie i konsekwentnie wyjmują kolejne cegiełki z gmachu naszej wolności. To naprawdę groźna metoda, bo pojedyncza cegiełka jest niewielka i łatwo przyzwyczajamy się do jej braku. Ale pewnego dnia może się okazać, że nasza wolność niepostrzeżenie zniknęła. Niestety, wtedy już będzie za późno.

        Ale co to wszystko ma wspólnego z wiara lub niewiarą w bogów, czyli tematami, którym poświęcony jest mój blog? Otóż bardzo wiele. Kilka miesięcy temu prezydent Polski oświadczył, że chrześcijański czy katolicki system wartości jest jedynym powszechnie przyjętym systemem wartości w naszym kraju i nie ma on alternatywy. Wcześniej w tym duchu wypowiadał się premier, bliźniaczą deklarację można znaleźć w dokumencie programowym głównej partii rządzącej, a w szerszych kręgach władzy podobne poglądy wyrażane są tak często, że nie zwracamy już na nie uwagi. Na przykład dziennikarze i publicyści krytycznie komentujący niedawne zmiany w spisie szkolnych lektur raczej nie dostrzegli niczego niestosownego w tym, że ministerstwo edukacji zaleca szkołom książki, które kształtują postawy patriotyczne i przywiązanie do wartości chrześcijańskich, są nacechowane głębokim humanizmem i wartościami chrześcijańskimi, mają znaczenie dla rozwoju myśli i tradycji europejskiej i chrześcijańskiej (Ciekawe, że w każdej z tych fraz chrześcijaństwo pojawia się jako zwieńczenie ciągu określeń, które z religią nie mają nic wspólnego. Ale na tym polega sztuka ideologizacji języka – społeczeństwo regularnie karmione taką mową będzie wierzyło, że bez chrześcijaństwa nie sposób być patriotą ani humanistą, ani nie można poważnie zainteresować się myślą europejską). Zobacz więcej