Gdy wiele krajów walczy z koronawirusem, religia podaje mu rękę.

Watykan wycofał się z wcześniejszej decyzji o zamknięciu kościołów w Rzymie – tak jakby uznał ją za zbyt rozumną, a więc sugerującą słabość wiary. [link]

W Polsce kościoły pozostają praktycznie jedynymi miejscami, gdzie regularnie zbierają się grupy osób. Wprawdzie osób nie może być więcej niż pięćdziesiąt (zgodnie z ograniczeniem wprowadzonym przez rząd), ale w kinach, teatrach, muzeach, restauracjach, obiektach sportowych nie ma ich wcale. Jeśli chodzi o te wszystkie miejsca, to rząd, w trosce o zdrowie i życie obywateli, nie wahał się podjąć jasnych i stanowczych decyzji; jednak ta troska najwyraźniej ma pewne granice – kończy się tam, gdzie zaczyna się interes Kościoła katolickiego.

Jedna z prominentnych postaci tego Kościoła, arcybiskup Andrzej Dzięga w dobie epidemii zachęca wiernych do korzystania z wody święconej, przekonując, że diabeł się jej boi. Hierarcha apeluje o przyjmowanie komunii do ust, bo „Chrystus nie roznosi zarazków” [link].

Nie są to poglądy odosobnione. Ksiądz Marcin Węcławski, rozwiewając ewentualne obawy wiernych przed przyjmowaniem komunii do ust, opowiedział im taką historię [link]:

    Siostra Faustyna zmarła na gruźlicę (…). Doktor Adam Zylber, który bardzo dobrze wiedział, w jaki sposób roznoszona jest gruźlica, zatrzymał obrazek ze św. Teresą od Dzieciątka Jezus, którego używała siostra Faustyna i powiesił ten obrazek nad łóżeczkiem swojego synka. A kiedy mu zwrócono uwagę, że mogą być na nim zarazki gruźlicy, odpowiedział: «Siostra Faustyna jest święta. Święci nie zarażają». (…) Najmilsi, Pan Jezus nie zarażał, Pan Jezus uzdrawiał. Chrystus żywy, ten sam, jest w hostii.

Gdy napisałem na Twitterze o religii jako furtce do epidemii, ktoś zareplikował, że to nie religia jest problemem, lecz „bezmyślność duchownych”. Uważam, że to nietrafna diagnoza.

Po pierwsze, duchowni nic nie znaczyliby bez wiernych. A zarówno jedni, jak i drudzy są kształtowani przez ideologię religijną.

Po drugie, słowo „bezmyślność” jest nie tylko mało eleganckie, ale nie oddaje istoty sprawy. Ludzie wierzący myślą i to często intensywnie – ale błędnie, gdy sięgają po religię, a nie po rozum. Można powiedzieć, że są ofiarami religii jako błędnej epistemologii, czyli drogi do wiedzy. Ale w czasie epidemii, gdy religia pomaga przemieszczać się wirusowi, jej ofiarą może stać się każdy z nas.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar