Ateista, jak wiadomo, nie jest kimś, kto w nic nie wierzy. Z pewnością nie wierzy w Boga lub bogów – musi spełnić ten warunek, by móc nazywać się ateistą. Jest to warunek konieczny, ale również wystarczający, a to oznacza, że każdy, kto uważa się za ateistę, może wierzyć w cokolwiek, co nie jest określane jako Bóg lub bogowie. Sam mam w sobie wiele różnych wiar – pisałem już o tym, ale przypomnę, że wierzę w sens zdobywania wiedzy, w wartość twórczego wysiłku; wierzę w to, że ludzie są raczej dobrzy niż źli, i że lepiej myśleć samodzielnie niż polegać na autorytetach. Wierzę również w to, że świat bez religii byłby lepszym światem i właśnie ta wiara budzi wątpliwości niektórych czytelników moich notek, pytających o podstawy moich przekonań. Wyjaśnienie jest proste: świat bez religii pewnie nie byłby pozbawiony zła, byłoby w nim jednak mniej zła – tego, które ma religijne korzenie – a zatem byłby to świat lepszy.

To rozumowanie jest zazwyczaj odrzucane przez moich religijnych oponentów, którzy kwestionują przede wszystkim pogląd, że religia może być odpowiedzialna za jakieś zło. Chrześcijanie często powtarzają, że ich Bóg wzywa do rzeczy dobrych, lecz wierni nie zawsze realizują to wezwanie – a zatem to nie religia, lecz ludzie bywają źli. Z takim stanowiskiem mógłbym się zgodzić tylko wtedy, jeśli uznałbym, że religia jest zbiorem opowieści, reguł, norm i nakazów spisanych w starodawnych księgach – i niczym więcej. Nie sądzę jednak, by taki opis był trafny; wprawdzie istotnie jest tak, że zdania wydrukowane na papierze same w sobie nie są ani dobre, ani złe, ale mogą rodzić dobro lub zło, kiedy ktoś zechce przekuć je w czyn. I właśnie ten praktyczny aspekt religijności leży w centrum moich zainteresowań – kiedy mówię o złu religii, nie chodzi mi o samą treść religijnych doktryn, lecz o to, w jaki sposób wpływają one na sposób myślenia ludzi wierzących i jak kształtują ich postępowanie. Wnioski z moich obserwacji skłaniają mnie do twierdzenia, że przekonania religijne przynoszą ludziom więcej szkody niż pożytku.

Oczywiście podatność umysłów na destrukcyjne oddziaływanie religijnych wiar bywa różna; wśród wierzących można znaleźć wiele osób szlachetnych, prawych, wspaniałomyślnych, tolerancyjnych – ale praktyka pokazuje, że to nie ich postawa decyduje o społecznych skutkach religii. Dla zilustrowania tej myśli sięgnę po przykład komunizmu – systemu, który jest powszechnie potępiany (moim zdaniem słusznie) i uznawany za zbrodniczy. Ale czy wszyscy komuniści byli zbrodniarzami? Partie komunistyczne skupiały przecież miliony osób, zarówno w ZSRR jak i krajach satelickich. Zdecydowana większość tych komunistów nie popełniła żadnej zbrodni, a wielu z nich żyło uczciwie, sumiennie pracowało, kochało swych bliskich, dobrze życzyło innym ludziom. Komunizm zelektryfikował wsie, zapewnił bezpłatną oświatę i służbę zdrowia. Pod skrzydłami partii komunistycznej kwitła socrealistyczna sztuka, a kilku radzieckich fizyków za swoje osiągnięcia otrzymało nagrodę Nobla. Mimo to nigdy nie spotkałem się z sugestią ze strony chrześcijan, by krytyczną ocenę komunizmu uznać za krzywdzącą generalizację. Takiego przewartościowania pewnie życzyliby sobie sami komuniści, ale ponieważ w naszym kręgu kulturowym niewiele osób przyznaje się dziś do komunizmu, więc ich głos jest słabo słyszalny. Ludzie wierzący zwykle też mają dobre mniemanie o własnej religii, ale w przeciwieństwie do komunistów stanowią miażdżącą większość w polskim społeczeństwie i to ich opinia kształtuje powszechną świadomość. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby w tej opinii zawierała się pełna prawda o wierze chrześcijan; niestety, mówienie prawdy o sobie samej to dla religii bardzo trudne zadanie. Należy jej więc w tym pomóc.

A zatem, na czym polega zło religii? To bardzo obszerny temat, ale w jednym z komentarzy podjąłem próbę zarysowania najważniejszych problemów, które mogą być punktem wyjścia do szerszych rozważań. Przypomnę więc tę analizę, wraz z odnośnikami do moich notek, w których poruszam te kwestie.

(I) Propagowanie legend i mitów w taki sposób, jakby były one prawdą. Skutek jest taki, że w umysłach ludzi wierzących dochodzi do zatarcia granicy między opowiadaniem baśni a poznawaniem i wyjaśnianiem świata (notka 9: Bogów ci u nas dostatek, czyli jałowość poznawcza religii).
(II) Konsekwencją (I) jest zakłócenie procesów poznawczych i osłabienie zdolności obiektywizacji, koniecznej przy zdobywaniu wiedzy – w ten sposób rodzi się zafałszowany obraz rzeczywistości (notka 3: Umysł z filtrem).
(III) Realizowany w praktyce postulat ludzi religijnych, rozumiany jako „umacnianie się w wierze” jest przeciwieństwem krytycyzmu, niezbędnego przy poszukiwaniu prawdy. W rezultacie religia ucieka przed prawdą, która burzy zbudowany z iluzji świat człowieka wierzącego (notka 12: Religia albo prawda).
(IV) Słabość moralna religii – wyraża się ona nie tylko w tym, że ludzie wierzący zdolni są do zła motywowanego pobudkami religijnymi; chodzi również o to, że potrafią czynić zło z przekonaniem, że czynią dobro (notka 16: Miłość bez zobowiązań).
(V) Skłonność do sięgania po przemoc lub popieranie przemocy w sytuacjach, gdy chodzi o obronę lub wsparcie religijnych doktryn (notka 8: Kościół i faszyzm – ścisła współpraca; notka 10: Kazimierz Łyszczyński – pamiętamy; notka 16: Miłość bez zobowiązań).

Widać więc, że w skali społecznej religia jest na tyle istotnym źródłem zła, by warto było zabiegać o świat bez religijnych wiar. Nie znaczy to wcale, że wzywam do rewolucyjnego przewrotu, który miałby zmieść religię z powierzchni ziemi – takie zamiary niekiedy przypisują mi moi adwersarze, całkowicie bezpodstawnie. Zdecydowanie sprzeciwiam się przemocy i nawet gdybym dysponował jakimiś środkami przymusu, na pewno bym ich nie użył – nadzieję pokładam bowiem nie w argumentach siły, lecz w sile argumentów. Dlatego, kiedy moi religijni czytelnicy pytają mnie, czy mówiąc o świecie bez religii mam na myśli antykatolicki terror rewolucji francuskiej, programową ateizację w Związku Radzieckim lub chińskie eksperymenty społeczne, ze spokojem odpowiadam: nie. Moje spojrzenie na świat kształtowali nie Stalin i Mao, lecz Heraklit i Seneka, Hume i Wolter, Jefferson i Franklin, Nietzsche i Orwell, Darwin, Russell i Hawking, Gombrowicz i Kotarbiński.

Nie jest bowiem tak, że mamy do wyboru albo religię, albo antyreligijny reżim. W kulturze euroamerykańskiej postępuje całkowicie pokojowy proces laicyzacji – na przykład dwie trzecie mieszkańców Czech uważa się za ateistów, a jakoś nie docierają do nas wieści, by za naszą południową granicą popełniano zbrodnie na ludziach wierzących lub zmuszano ich do wyrzeczenia się swej religii. W Polsce istnieją silne tendencje, by hamować lub nawet odwracać ten proces, a ja w miarę moich bardzo skromnych możliwości staram się przeciwstawić tym tendencjom, w zakresie dozwolonym regułami demokratycznego państwa prawa – na przykład poprzez wyrażanie moich poglądów w Internecie.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar