Któż nie chce być kochanym? Również i ja mam w sobie to pragnienie, a więc nic dziwnego, że jakiś czas temu mocniej zabiło mi serce, kiedy ksiądz Tomasz – który, jak sądziłem, już na zawsze się ode mnie odwrócił – niespodziewanie zawitał na mój blog i w krótkiej notce wyznał: kocham Was wszystkich…. Wszystkich, a więc również i mnie. Człowiek zwany Jezusem kazał kochać bliźnich i najwyraźniej ksiądz Tomasz postanowił to zalecenie wypełnić. Wprawdzie oznajmił przy okazji, że rozmowa ze mną nie ma sensu, ale rozumiem, że kocha mnie w milczeniu.

O miłości napisał też inny z moich gości, kaczuchowo, który przypomniał, że fundamentem katolicyzmu jest miłość boga i bliźniego…. Nie wykluczył jednak, że statystyczna większość ludzi „religijnych” nie rozumie do końca do jakich podstawowych rzeczy wzywa ich religia. Przesłanie tej religii musi być zatem niezwykle skomplikowane i zawiłe, skoro dla większości wiernych nie jest ono w pełni zrozumiałe. Z pewnością jednak jasność w tej materii mają ci, którzy osiągnęli heroiczny stopień cnót teologicznych i kardynalnych 1, czyli po prostu święci Kościoła. Oni z pewnością wiedzą, co to znaczy kochać bliźniego.

Trudno przypuszczać, by nie miał tej wiedzy żyjący w XVI wieku papież Pius V (kanonizowany w 1712 roku), który skazał na śmierć czterdziestu włoskich protestantów za to, że wyznawali inną religię niż on2. Jakże gorąco musiał miłować swych bliźnich słynny inkwizytor hiszpański Pedro Arbues, ogłoszony świętym w roku 1867: Kiedy Pedro Arbues był już stary, i nie mógł własnymi oczami oglądać agonii konających, kazał się prowadzić w pobliże stosów, aby móc chociaż słuchać jęków i krzyków konających w nieludzkich męczarniach3. Oskarżyciel Giordana Bruna, kardynał i inkwizytor Robert Bellarmin (w 1931 roku kanonizowany), był przekonany, że działa zgodnie z nakazem miłości bliźniego, kiedy posyłał filozofa na stos – bo wyrok był wyrazem troski o zbawienie duszy Giordana. Powoływał się przy tym na jedną z biblijnych „prawd”: Że zaś heretycy zasługują na karę śmierci – pisał Bellarmin – wynika z Pisma św. „Wszelkie zło zniesiesz z pośród siebie” (5 Mojż. XIII, 5)4.
Uzasadnienie dla swych zbrodni inkwizycja znalazła również w Nowym Testamencie: Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie (Jn 15:6).

Historia chrześcijaństwa obfituje w podobne przykłady: krzyżowcy mordujący muzułmanów, krzyżacy wycinający w pień Prusów i Jaćwingów, protestanci zabijający katolików i katolicy rewanżujący się w ten sam sposób protestantom wierzyli, że nie tylko nie naruszają nakazów swojej religii, ale wręcz wykonują wolę bożą. Widać to nawet w mniej krwawych sytuacjach: biskup Tadeusz Pieronek, gdy mówił o feministycznym betonie, który się nie zmieni nawet pod wpływem kwasu solnego, też pewnie uważał, że jego słowa niczym nie uchybiają imperatywowi miłości bliźniego. Niewykluczone, że duch wypowiedzi ogólnie szanowanego hierarchy natchnął katolicką młodzież, która obrzuciła kamieniami uczestników krakowskiego Marszu Tolerancji, czy też gdańskich parafian, którzy po mszy w bazylice św. Brygidy poturbowali telewizyjnego dziennikarza.
Widać więc wyraźnie, że wewnętrzne przekonanie osoby religijnej o swej wierności nauce Chrystusa nie chroni jej przed wyrządzaniem bliźniemu krzywd dużych i małych. Co więcej, religia ma w sobie przedziwną moc, która sprawia, że ludzie czynią zło z przekonaniem, że czynią dobro. A to oznacza, że „fundamentem katolicyzmu” (i nie tylko tej religii) są ruchome piaski.

Tydzień temu poprosiłem chrześcijan odwiedzających mój blog, aby napisali o tym, jak na co dzień kochają ateistów, jak okazują tę miłość, do której zostali wezwani przez swego duchowego mistrza. Niestety chrześcijanie, zazwyczaj chętnie dyskutujący na moim blogu, tym razem zamilkli. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Czyżbym został zignorowany? No cóż, skoro można zabijać ludzi nie przestając darzyć ich chrześcijańską miłością bliźniego, to tym bardziej można ich ignorować.

Najwyraźniej więc „miłość bliźniego” jest uczuciem specyficznym, zasadniczo różniącym się od uczucia, które na co dzień nazywamy miłością. Codzienna, zwykła miłość jest bowiem zobowiązaniem wobec kochanej osoby, wymagającym często poświęcenia; staramy się czynić dobro, które ta osoba odczuwa właśnie jako dobro. Co zaś robi miłujący bliźniego chrześcijanin? Zagląda na blog ateisty, oświadcza kocham was wszystkich, odwraca się i wychodzi.

Czym więc jest chrześcijańska miłość bliźniego? Pojemną formułą, wypełnianą przez ludzi wierzących dowolną treścią? Wyrazistym hasłem na transparencie, którym powiewają chrześcijanie, idąc w pochodzie przez świat? Mnożą się pytania, a odpowiedzi nie słychać.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar