Kilka dni temu, 30 marca, minęła 315 rocznica śmierci Kazimierza Łyszczyńskiego. W 1689 roku Łyszczyński został oskarżony przez sąd kościelno-sejmowy (czterech biskupów, jeden senator, dwóch posłów) o ateizm i skazany na śmierć. Powodem oskarżeń była rozprawa De non existentia Dei [O nieistnieniu Boga] napisana przez Łyszczyńskiego. Nie zachowała się do naszych czasów, jej rękopis został zniszczony przez religijnych barbarzyńców. Znamy jednak kilka zdań z tego dzieła, bo zostały zacytowane w sądowej mowie oskarżyciela publicznego. Łyszczyński pisał m.in.:

Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka. Tak więc to ludzie są twórcami i stwórcami Boga, a Bóg nie jest bytem rzeczywistym, lecz bytem istniejącym tylko w umyśle, a przy tym bytem chimerycznym, bo Bóg i chimera są tym samym… Wiara zwana boską jest wymysłem ludzkim. Doktryna, bądź to logiczna bądź filozoficzna, która się pyszni tym, że uczy prawdy o Bogu, jest fałszywa, a przeciwnie, ta, którą potępiono jako fałszywą, jest najprawdziwsza.

Wyrok śmierci wykonano na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Jest kilka odmiennych opisów tego wydarzenia. Według jednej wersji, Łyszczyński został ścięty, a jego ciało spalono za miastem. Z kolei biskup kijowski Andrzej Chryzostom Załuski napisał w swoim liście:

Wreszcie wyprowadzono go [Kazimierza Łyszczyńskiego] na miejsce stracenia i okrutnie znęcano się najpierw nad jego językiem i ustami, którymi on okrutnie występował przeciw Bogu. Potem spalono jego rękę, która była narzędziem najpotworniejszego płodu, spalono także jego papiery pełne bluźnierstw i na koniec on sam, potwór został pochłonięty przez płomienie, które miały przebłagać Boga, jeżeli w ogóle za takie bezeceństwa można Boga przebłagać… (źródło cytatów)

Przypuszczam, że niewiele osób czytających tę notkę słyszało wcześniej o Łyszczyńskim. Religijny klimat naszego życia społecznego nie sprzyja podtrzymywaniu pamięci o takich postaciach. Religie wynoszą na ołtarze własnych męczenników, natomiast usuwają w mrok niepamięci tych wszystkich, za których męczeństwo same ponoszą odpowiedzialność.

A więc jeśli ktoś chciałby zapytać, po co piszę o tym wydarzeniu sprzed ponad trzystu lat, odpowiadam: abyśmy nie zapomnieli. Abyśmy pamiętali, ile zła potrafi wyrządzić wirus religii drążący ludzki umysł. Abyśmy docenili osiągnięcia myśli oświeceniowej, dzięki której możemy dzisiaj żyć w świecie nieco mniej religijnym, a więc mniej okrutnym.

Pamiętajmy, że orędownicy wolnej myśli, tacy jak Łyszczyński, Giordano Bruno czy Giulio Cesare Vanini, płonęli na stosach po to, by mógł się rozpocząć długi i nie zakończony jeszcze proces odsuwania religii od władzy, oświaty i nauki, odbierania jej narzędzi przemocy i łagodzenia szerzonej przez nią nienawiści. Proces ten będzie trwał dopóty, dopóki ludzie będą wybierać łatwą drogę religijnej wiary, zamiast wspinać się stromą ścieżką ku prawdzie i dobru.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar